Miasto rozwiń menu

Kryminalna historia Krakowa. Morderstwo profesora

Profesor Ludwik Zejszner był jednym z najwybitniejszych polskich geologów XIX wieku. Był wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego, który w środowisku akademickim cieszył się ogromnym autorytetem. Zginął we własnym mieszkaniu przy ulicy Brackiej 10, uduszony podczas snu przez człowieka, którego sam zatrudnił jako służącego. Śledztwo ujawniło historię pełną kłamstw, fałszywych nazwisk i zaskakujących zwrotów akcji.

Ulica z kamienicami i wieżą zegarową w tle. Parkujące samochody na jezdni.
Fot. Dominika Jaźwiecka

W styczniowy poranek 1871 roku mieszkańcami Krakowa wstrząsnęła wiadomość o śmierci profesora Ludwika Zejsznera, który został zamordowany we własnym mieszkaniu przy ulicy Brackiej 10. W chwili śmierci Ludwik Zejszner miał 66 lat. Należał do grona najwybitniejszych polskich geologów, paleontologów, był prekursorem kartografii. Z wiekiem coraz trudniej było mu prowadzić gospodarstwo, dlatego zdecydował się zatrudnić nowego lokaja. Polecono mu człowieka przedstawiającego się jako Józef Gębski. Zejszner nie przypuszczał, że będzie to najgorsza decyzja w jego życiu.

Następnego ranka profesor nie wyszedł z domu się o zwykłej porze. Kiedy do mieszkania weszli znajomi i sąsiedzi, znaleźli go martwego w łóżku. Na szyi miał zaciśnięty sznur, a mieszkanie wyglądało tak, jakby je ktoś splądrował. Bardzo szybko stało się jasne, że nie była to śmierć naturalna ani nieszczęśliwy wypadek.

Sprawca nie uciekł daleko, a śledztwo ujawniło, że za zbrodnią stoi człowiek zatrudniony zaledwie kilka dni wcześniej. Nikt nie przypuszczał jednak, że sprawa okaże się znacznie bardziej skomplikowana niż zwykły rabunek zakończony zabójstwem – opowiada Krzysztof Jakubowski, historyk i autor książek o Krakowie.

W dniu zbrodni Gębski spotkał się ze znajomym Janem Łempickim. Obiecał mu pożyczkę, ale zaproponował, aby wieczorem przyszedł po pieniądze do mieszkania profesora. Łempicki zjawił się na Brackiej i czekał, aż gospodarz zakończy swoje obowiązki. Wieczorem obaj wypili herbatę. Profesor niczego nie podejrzewał. Kiedy Łempicki chciał wrócić do domu, usłyszał, że brama jest już zamknięta i najlepiej będzie zostać do rana. Zgodził się, choć – jak później tłumaczył – niechętnie. Położył się w jednym z pomieszczeń i zasnął. Według jego późniejszych zeznań w środku nocy obudził go Gębski. Miał wtedy usłyszeć propozycję, która zmieniła całe jego życie:

„Pomóż mi go zamordować”

– tak przynajmniej przebieg tej rozmowy odtworzył Jan Łempicki przed sądem. Gębski miał namawiać Łempickiego do udziału w zabójstwie profesora. Obiecywał podział pieniędzy i kosztowności, które zamierzał ukraść z mieszkania. Przerażony Jan Łempicki miał odpowiedzieć jedynie, że nie chce mieć z tym nic wspólnego. Gdy Gębski spotkał się z odmową, zaczął grozić wspólnikowi. Najpierw chwycił go za gardło, później miał sięgnąć po młotek i zapowiedzieć, że jeśli podniesie alarm, zginie razem z profesorem. Łempicki twierdził, że nie uciekł tylko ze strachu.

Po pozostawieniu Łempickiego w zamkniętym przedpokoju Gębski wszedł do sypialni profesora. Zejszner spał. Napastnik założył mu na szyję stryczek i gwałtownie zacisnął pętlę. Ofiara próbowała się bronić, lecz bez szans. Kiedy profesor przestał stawiać opór, morderca przywiązał sznur do łóżka, przykrył ciało kołdrą i rozpoczął spokojne przeszukiwanie mieszkania.

Zabrał pieniądze, zegarek, biżuterię, pieczęć, srebrne łyżki, ubrania oraz bieliznę. Łup pakował bez pośpiechu, jakby miał przed sobą cały czas świata. Zaglądał do szaf, kufrów i szuflad, zabierając wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Dopiero kiedy upewnił się, że mieszkanie zostało dokładnie splądrowane, opuścił sypialnię. Po około godzinie wrócił do Łempickiego i ponownie zmusił go do złożenia przysięgi, że nikomu nie opowie o tym, co widział.

Obaj opuścili kamienicę nad ranem. Gębski rzucił Łempickiemu płaszcz zamordowanego profesora, sam niósł tłumok pełen zrabowanych przedmiotów. Zabrał kilkanaście złotych reńskich w banknotach i monetach, zegarek, łańcuszek, pierścień, srebrne łyżki oraz ubrania i bieliznę. Rozstali się w okolicach dworca kolejowego.

Śledczy dość szybko wskazali lokaja jako podejrzanego. Jednak Gębskiego nie było łatwo go zidentyfikować. W rzeczywistości nie było to jego prawdziwe nazwisko. Na przestrzeni lat człowiek ten posługiwał się wieloma nazwiskami, zmieniał miejsca pobytu i tworzył kolejne życiorysy. Raz przedstawiał się jako powstaniec styczniowy i zesłaniec syberyjski, twierdził, że jako „żandarm wieszający” wykonał jedenaście egzekucji, kiedy indziej utrzymywał, że jest lokajem do wynajęcia.

Proces rozpoczął się jesienią 1871 roku. Sala sądowa była szczelnie wypełniona publicznością. Relacje z procesu ukazywały się niemal codziennie na łamach krakowskiej prasy.

Śledczy dopiero podczas procesu zaczęli odkrywać, jak wiele z historii opowiedzianych przez Gębskiego było zwyczajnym kłamstwem. Sąd sprawdzał każdy szczegół jego opowieści. Rozesłano dziesiątki pism do urzędów i sądów w Galicji, Królestwie Polskim, Austrii, Niemczech i Szwajcarii. Weryfikowano jego udział w powstaniu styczniowym, internowanie, podróże i wcześniejsze miejsca pracy. Przewodniczący składu sędziowskiego wielokrotnie nakłaniał go, aby podał swoje prawdziwe nazwisko, ale oskarżony uparcie utrzymywał, że naprawdę nazywa się Józef Gębski.

Największe wrażenie na obecnych robiło zachowanie głównego oskarżonego. Gazety podkreślały jego niezwykłą obojętność. Kiedy nie odpowiadał na pytania sędziów, odwracał się w stronę publiczności, rozglądał po sali i uśmiechał się zimno. Nie okazywał skruchy. W sposób zupełnie obojętny przyznał się do winy, ale sprawiał wrażenie człowieka, którego własna zbrodnia w ogóle nie porusza. Szczególnie szokowało to, z jakim spokojem opowiadał o zabijaniu profesora – opowiada Krzysztof Jakubowski.

Prokurator nie miał wątpliwości, że oskarżony zasługuje na najwyższy wymiar kary. Domagał się uznania go za winnego wszystkich zarzucanych przestępstw i skazania na śmierć przez powieszenie.

7 grudnia 1871 roku zapadł wyrok.

Józef Gębski został uznany za winnego wszystkich zarzucanych mu przestępstw i skazany na śmierć przez powieszenie.

Jan Łempicki, który podczas procesu próbował przekonywać sąd, że nie brał udziału w morderstwie, został przymuszony do milczenia i nie chciał zatrzymać żadnych rzeczy pochodzących z rabunku. Ostatecznie jednak przyjął od Gębskiego dwa ręczniki i obrus. To właśnie te przedmioty odegrały zresztą ważną rolę podczas śledztwa – ustalono bowiem, że wykonano je z tego samego płótna co bieliznę należącą do profesora. Z uwzględnieniem wspomnianych okoliczności łagodzących otrzymał rok ciężkiego więzienia z jednorazowym postem w każdym tygodniu, uznanym wówczas za dodatkowe zaostrzenie kary.

Strony odwołały się od wyroku, sprawa trafiła do Sądu Wyższego, który utrzymał postanowienie niższej instancji. Następnie akta przesłano do Wiednia. Cesarz Franciszek Józef skorzystał z prawa łaski i zamienił Gębskiemu karę śmierci na dożywotnie więzienie. Ostateczny wyrok ogłoszono skazanemu 6 czerwca 1872 roku.

Choć od procesu minęło ponad 150 lat, postać Józefa Gębskiego nadal pozostaje tajemnicza. Trudno dziś stwierdzić, jak naprawdę się nazywał, ilu używał nazwisk i kim rzeczywiście był. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że za kolejnymi nazwiskami, zmyślonymi życiorysami i opowieściami krył się po prostu człowiek, który uczynił z oszustwa sposób na życie. Zabójstwo profesora Zejsznera było najbardziej brutalnym rozdziałem historii jego życia.

pokaż metkę
Autor: Dominika Jaźwiecka
Podmiot publikujący: Referat Mediów Miejskich
Data publikacji: 2026-08-25
Data aktualizacji: 2026-08-26
Powrót

Zobacz także

Znajdź